Na początku lat 80 ubiegłego tysiąclecia nie było strzykawek jednorazówek. Pamiętam i mam do dzisiaj szklane strzykawki i bardzo tępe igły, które wielokrotnie były wygotowywane i używane. W pierwszym okresie mojej choroby rodzice byli bardzo przerażeni i nie mogłam zbyt wiele biegać, jeździć na rowerze czy wrotkach, ale z czasem to się zmieniło. Cały czas musiałam uważać aby cukier mi nie spadł. Na insulinach, które pochodziły z importu docelowego czułam się całkiem dobrze, ale wiadomo medycyna idzie do przodu powstają coraz to lepsze insuliny po 15 latach lekarka stwierdziła, że zmieni mi insulinę.
Po raz kolejny trafiłam do szpitala miałam tam być tylko tydzień, a byłam ponad miesiąc. Od samego początku wiedziałam, że te leki nie są dla mnie odpowiednie. Po kolejnych 10 latach trafiłam do poradni cukrzycowej i okazało się, że tamte insuliny nie były odpowiednie dla mnie. Zupełnie nie mogłam uprawiać sportu, cukier mi spadał nawet po przejściu 72 schodów, które prowadzą do mego mieszkania. No i ostatnie prawie trzy lata: nowe insuliny - analogi, nowe peny, brak innych leków i w końcu stanęłam na nogi.
Wyczynowo nie uprawiam sportu, ale zaczęłam jeździć na rowerze przynajmniej 20 km dziennie, dwa razy w tygodniu chodzę na step i wszystko jest w porządku. Mierzę cukier często więc wiem kiedy jest jakieś zagrożenie (spadek) wtedy krówka i nie ma problemu. Przez cały okres mojej choroby, ponad 27 lat, tak właściwie to tylko cztery razy miałam taką hipoglikemię, że potrzebna była pomoc lekarza. Dwa razy zdarzyło mi się to w okresie studiów, gdy byłam bardzo przemęczona po sesji (skończyłam matematykę), a kolejne dwa razy to było w pracy. Pracuję w szkole więc po odzyskaniu przytomności wracałam na kolejne lekcje jak gdyby nic się nie stało.
Nauczyłam się żyć z tą chorobę i nie wyobrażam sobie, że mogłabym być zdrowa, nie robić zastrzyków, nie mierzyć cukry. Jest to mój dodatek do życia. Praca w szkole średniej daje mi wiele satysfakcji. W dzisiejszych czasach coraz więcej dzieci i młodzieży zapada na tę chorobę, ale jakoś trzeba sobie radzić. Ostatnio zaskoczyła mnie matka jednej uczennicy, która zrobiła panikę w całej szkole, że jej córka jest chora i potrzebne są jej pewne ulgi. Na zajęcia wychowania fizycznego ona nie będzie chodziła, bo może spadnie jej cukier, na lekcje religii również bo kończą się dopiero o 15:30, a dziecko musi prowadzić regularny tryb życia. Kanapki to ona musi jeść w trakcie lekcji. Wmawiała mi, że ja nie zdaję s obie sprawy co to za kłopotliwa choroba. Takie argumenty stawiała matka. Nie wytrzymałam i powiedziała tej kobiecie, że również choruję na cukrzycę i nigdy w życiu nie jadłam kanapek na lekcji, nie unikałam zajęć wychowanie fizycznego, nie korzystam z renty tylko pracuję czasem może ponad siły, ale jakoś sobie radzę.
U mnie na lekcjach z dziewczyną jest wszystko w porządku, ale u innych nauczycieli wykorzystuje swoją chorobę do uników. Co zrobić z takimi ludźmi. Jeszcze niedawno mówiło się, że w szkołach będą zajęcia dla młodzieży na temat cukrzycy, co robić w przypadku gdy kolega czy koleżanka straci przytomność, jak mu pomóc, ale jakoś ucichło. Takie zajęcia miały być również dla nauczycieli, którzy "boją się" tej choroby. Co się z tym stało, dlaczego nie ma tych zajęć. Pisze o tym z pozycji nauczycielki szkoły średniej do której trafia coraz więcej młodzieży z cukrzycą. Może w mojej historii o sporcie nie było za wiele, ale SPORT TO ZDROWIE dla zdrowych i chorych. Pozdrawiam wszystkich, którzy przeczytają tą historię.
Małgorzata
(dane do wiadomości Redakcji)